Co jest największym zgrzytem tej bohaterskiej akcji? Zdecydowanie jest nim ledwie słyszalne i natychmiast wyciszone zgłoszenie pilotów, pół godziny po starcie, że nastąpiła w samolocie awaria. Byle jaka nie była ta awaria...
Siła mediów i autorytetów jest potęgą, przekonali się o tym również najbardziej zatwardziali krytycy jednego i drugiego zjawiska. W kwestii samolotu lądującego na brzuchu, w świetle kamer i w efektownej asyście myśliwców panuje paraliż opinii. Pierwsze wrażenie przeciętnego człowieka to podziw, zachwyt, opuszczona szczęka, przy tym nasłuchał się przeciętny, że mistrzostwo, że niesamowite, że tak się prawie nie zdarza. Niezwykłe nagromadzenie środków wyrazu, podparte niepodważalnymi argumentami: „uratował 230 ludzi”, „bohater”, podziałało nawet podział na „oszołomów”. Duch bojowy "zdroworozsądkowych" też zaniknął – pogubili się, bo nie ma wyraźnego sygnału. Wszyscy mają w tyle głowy stare smoleńskie schematy, z jednej strony bohaterscy piloci, z drugiej przygotowanie lotu i spokój na pokładzie. Po uziemieniu zwolenników „spisków” i propagatorów racjonalizmu, w sumie wersja wydarzeń jednych i drugich specjalnie się nie różni. Niestety świat, a już to zdarzenie na pewno nie jest takie kolorowe, w dodatku umieszczone w konkretnym kontekście jest więcej niż ponure. Masochistą nie jestem, robić w obecnych okolicznościach za krytyka, czy chociaż oryginała, to zadanie dla lubiących cierpieć, ale też nie jestem worem treningowym dla speców od urabiania opinii publicznej.
Co jest największym zgrzytem tej bohaterskiej akcji? Zdecydowanie jest nim ledwie słyszalne i natychmiast wyciszone zgłoszenie pilotów, pół godziny po starcie, że nastąpiła w samolocie awaria. Byle jaka nie była ta awaria, wyciek płynu z układu hydraulicznego, który zablokował funkcjonowanie podwozia samolotu. Dla zupełnego laika taka informacja jest z serii bardzo poważnych, natomiast wytłumaczenie z strony LOT więcej niż kuriozalne. LOT tłumaczył, że pilot podjął strategiczną decyzję i liczył, że do Warszawy zdoła uruchomić podwozie. Czysta partyzantka i żaden człowiek, który się zna, czy nie zna na lataniu, podobnego wyjaśnienia przyjąć nie może, ponieważ rozum je odrzuca. Jest rzeczą naturalna dla laika, że jak się coś popsuło, to się sparwdzą co i jak bardzo. Jest coś takiego w lotnictwie – lećmy, może się naprawi? Być może, ale o czymś podobnym usłyszałem dopiero wczoraj. Kuriozum, jednak przyjmują to kuriozum niemal wszyscy i zgodnie, a przyczyn tego zachowania należy upatrywać w kilku miejscach. Pierwsze miejsce wymieniłem, urobiona opinia publiczna, drugą przyczyną jest radosny fakt, że pilot żyje, zatem wyrzucać mu jakiś błędy jest znacznie trudniej niż pilotom nieżyjącym. Brzmi to fatalnie, ale wystarczy popatrzeć co zrobiono z Protasiukiem i to w środowisku lotników, żeby dostrzec prawdziwość w tym stwierdzeniu. W końcu mamy szczęśliwy finał wydarzenia, a zwycięzców się nie rozlicza.
Machina działa, żaden trybik kneblujący inne niż obowiązujące opinie się nie zacina, ale przy wykonaniu bardzo prostego zabiegu, cała ta piękna historia natychmiast staje się tragedią w wyniku głupoty. Każdy może sobie taki zabieg zafundować, wystarczy zamknąć oczy i przygotować się na masakrę 230 ludzi. Obojętnie jaką przyjmiemy wersję, niechby nawet podmuch wiatru w ostatniej chwili lądowania, obrót samolotu, zniszczenie kadłuba, wybuch, pożar. I co wtedy? Czy znajdzie się chociaż jeden prezes LOT, ekspert, dziennikarz, że o prezydencie Komorowskim nie wspomnę, który nazwie decyzję o lądowaniu w Warszawie „strategiczną”? Znajdzie się jeden komentator, który krzyknie coś o działającym systemie, bo poderwały się dwa F16? Szczęśliwe zakończenie i więcej niż cudowny zbieg okoliczności sprawił, że decyzja załogi podjęta w USA stała się strategiczna. W przypadku zupełnie innego finału kapitan Wrona byłby zjedzony i został „samobójcą”, bo tłum jak jeden mąż i żona krzyczałby, że: „Trzeba mieć nie po kolei w głowie, aby lecieć przez Atlantyk z awarią układu hydraulicznego blokującą podwozie!”. Powód do radości jest tylko jeden, szczęśliwe lądowanie, cudowne, niesamowite, jak kto woli boski dar. Natomiast cała pozostała seria zachwytów jest karykaturą sprawności państwa, służb i właściwych decyzji. Służby miały 8 godzin na przygotowanie się do tej akcji, załoga podejmuje niewiarygodną decyzję i nie wierzę, że coś podobnego mieści się w procedurach lotniczych, mimo wszystko tłum urobiony bohaterstwem i szczęśliwym końcem podskakuje z radości i zakłada strony na Facebooku. Zmieniłbym to hasło radosne, które już obiegło Internet: „Ląduj jak Wrona – myśl jak Prostasiuk”. Przypomnę, że kapitan Protasiuk został samobójcą po tym jak podjął zupełnie niewinną i mieszczącą się w procedurach decyzję. Czy komuś muszę tłumaczyć ile dołożono by Protasiukowi, gdyby On z Okęcia do Smoleńska zdecydował się lecieć z jakąkolwiek usterką, o usterce centralnego układu hydraulicznego nawet nie wspominam. Fascynujące jest to zjawisko, jakie obserwuję od dwóch dni, urobiony odbiorca masowy je z ręki i nawet nie mruknie.
Więcej o kneblowaniu i urabianiu opinnii, które dopiero przed nami:

Bezdyskusyjnie pojechali po bandzie. Inna z możliwych przyczyny jest taka, że piloci woleli „lądować się” na polskiej ziemi, a poza tym na macierzystym (i docelowym) lotnisku awaria wychodzi znacznie taniej.
„Fascynujące jest to zjawisko, jakie obserwuję od dwóch dni, urobiony odbiorca masowy je z ręki i nawet nie mruknie.”
To z wieloma rzeczami tak jest i to od dawna. Powiedziałbym, że za głosem telewizora ludzie idą „równo w (to, co jedzą z ręki)”. Tak jest przynajmniej w mojej okolicy – nawet nie ma z kim sensownie porozmawiać.
A poza tym, trzy cytaty, które wybrałem to mistrzostwo. Życzę wielu udanych tekstów „myślącego pióra” i pozdrawiam.
http://kontrowersje.net/node/11430
Po wystartowaniu było bardzo dużo lotnisk do wyboru, na których można awaryjnie lądować, bo było dużo paliwa czyli daleki zasięg. Może Okęcie okazało się najlepsze - z jednej strony najtańsze, a z drugiej w centrum miasta, a więc są duże możliwości dotyczące szpitali...
Jak jest dużo czasu, to można liczyć koszty - być może zepsucie pasa na Okęciu wychodzi najtaniej.
Jeżeli chodzi o decyzję dot. kontynuowania lotu, to zostala ona podjęta przez Dyspozytora LOTu w oparciu o dane przekazane przez pilota. Nad Polską wysiadł/nie zadziałał MECHANICZNY i GRAWITACYJNY układ wypuszczania podwozia (czyli zapasowy).
> kontynuowaniem lotu w nadziei, że się naprawi.
A niby dlaczego? To była awaria układu hydraulicznego. Na dodatek układu zdublowanego, na dodatek jest trzeci układ pneumatyczny pozwalający wysuwać podwozie ręcznie. Potrzeba dużo czasu by to wszystko sprawdzić i jest duża szansa, że się da naprawić, a jak nie naprawić, to wysunąć podwozie ręcznie, przy użyciu systemu pneumatycznego. Więc nie trzeba wcale lecieć na lotnisko najbliższe, ale optymalne, najlepsze, nawet jeśli jest daleko.
„Longer-range twin jets such as the Boeing 767 and the Airbus A300, A310, and A330 may or may not have fuel dump systems, depending upon how the aircraft was ordered, since on some aircraft they are a customer option.”
http://en.wikipedia.org/wiki/Fuel_dumping
Dalej jest napisane, że posiadanie instalacji do zrzutu paliwa zależy od (nie)spełnienia przez samolot wymagań normy FAR 25.119.
To był Boeing 767-300 z „mniejszymi” zbiornikami paliwa (~60k litrów zamiast ~90k litrów), więc miał szansę spełnić normę FAR 25.119 bez systemu zrzucania paliwa.
Oczywiście to żaden argument, gdyż prawidłowa odpowiedź jest w konfiguracji samolotów zamówionych przez LOT. W każdym razie nie odmawiam słuszności pytaniom Matki Kurki, natomiast część argumentacji GPS.65 rozwala... niestety niepozytywnie.
Trzeba by to zweryfikować.
Kpt. Wrona musiał również myśleć ekonomicznie. A w ekonomii niestety nie ma sentymentów. Lądowanie w USA, zamknięcie lotniska na kilka dni, jak to ma dziś miejsce w W-wie to ekonomiczny upadek PLL-Lot, nie sądzę, by sumy ubezpieczeń to pokryły. Kiedyś rozmawiałem z kapitanem zbiornikowca, moim znajomym. Człowiek to tylko określona suma pieniędzy, odszkodowania które wypłaca się rodzinie. Brutalna prawda, nikomu nie zdradzana, ale właśnie taka jest prawda. My na forach możemy sobie mówić o humanitaryzmie, o wadze życia każdego człowieka, w biznesie te słowa nie istnieją, czy się a to zgadzamy czy też nie.
Sytuacja kpt. Wrony jest nie do pozazdroszczenia. Był już jeden podobny wypadek lotniczy, o ile dobrze pamiętam w latach 60. Samolot startujący z Gdańska zahaczył ogonem o pas i kpt. podjął decyzję lotu do W-wy a nie lądowania w Gdańsku. Uzasadniał to tym, że właśnie czas spuszczania paliwa przygotowania lotniska była równoważna z czasem przelotu, lotnisko w W-wie było lepiej wyposażone. Sprawa ciągnęła się za nim bardzo długo.
Natomiast w kwestii zrzucania paliwa to benek 767 jest wyposażany w taką możliwość w zależności od specyfikacji zamawiającego (nikt dotychczas nie rozstrzygnął czy TEN samolot miał taką funkcjonalność).
Czyli przestrzeganie procedur + profesorskie lądowanie!!!
Ponoć Amerykanie są w Warszawie. Jeżeli okaże się że kapitan
Wrona nie dopełnił procedur lub też zostały wykonane nieprawidłowo
to nasz bohater będzie miał kłopoty z uzyskaniem licencji na loty
do Ameryki.Pozdrawiam.
Nie trzeba też wiedzy lotniczej by zauważyć, że stopień trudności wizualnej oceny statusu podwozia oraz samego lądowania - dramatycznie zależy od tego, czy jest DZIEŃ czy NOC.
3 razy wysyłałem posty i zero...
Trzeba po prostu wpisać szacunkowe wartości pestwa, ryzyka -, szanse +, zsumować i wybrać wariant, który daje wyższy wynik.
Żeby te pestwa wpisać, trzeba się jednak trochę znać. Dlatego Twój artykuł to c.d. "urabiania masowego odbiorcy".
Lądowanie w USA - przeciw:
- ryzyko, że "po ciemaku" (zwiększone dla lądowania oraz ew. akcji ratowniczej)
- możliwość, że inżynierowie z Beinga coś wymyślą
Lądowanie w USA - za:
- większa szansa, że nic więcej się nie zepsuje
Lądowanie w PL - przeciw:
- ryzyko, że dwa pozostałe - systemy hydrauliczne nawalą
- ryzyko, że cokolwiek ważnego nawali w czasie długiego lotu
Lądowanie w PL - za:
- będzie jasno - większe szanse na udane lądowanie, łatwiejsza akcja ratownicza
- możliwość, że inżynierowie z Beinga coś wymyślą
W ogóle nie powinno się startować. Precz z lataniem!
Warto wspomnieć, że służy ono głównie do "trafienia" w oś pasa.
Lądujący w nocy samolot świeci sobie takim dużym reflektorem, żeby zobaczyć szczegóły. Można dość dobrze wyobrazić sobie różnicę z lądowaniem w dzień jeśli prowadziło się samochód w nocy.
"In many countries, VFR flight at night is not permitted, in which case night flying is by instrument flight rules (IFR) only which, in almost all countries, requires an instrument rating. Exceptions are Canada, Germany, Sweden, Switzerland, the United Kingdom and the United States."
Czyli z jakiegoś powodu, w wielu krajach latanie w nocy (włączając lądowanie) wymaga stosowania takich samych procedur, jak np. - w silnej mgle. Mimo sztucznego oświetlenia.
Zgadza się. Z takiego samego powodu, z jakiego ośmiogodzinny lot przez Atlantyk zepsutym samolotem jest uznawany za świadome narażanie życia ludzi na pokładzie.
Poczekajmy trochę - jestem ciekaw, czy pojawią się roszczenia ze strony pasażerów. Jeśli na pokładzie byli obywatele USA to będzie tak na bank.
Tylko że nie było awarii. Kapitan wyraźnie powiedział, że była mała awaria, ale szybko ją usunął, ciekawe jak. A tuż przed lądowaniem się dowiedział że jednak awaria jest i to wszystkiego. No i uruchomiono F-16 które leciały razem z nim, ale biedak dopiero 3 minuty przed lądowaniem się dowiedział że ma awarię i to wszystkiego i nie rozumiał po co lecą te F-16 przecież miał tylko małą awarię na początku ale zaraz ją usunął.
Czy to jest możliwe ze zawodzi instalacja hydrauliczna, Kapitan o tym nic nie wie, wszystkie pozostałe też zawodzą mimo że są tylko na wypadek gdyby pierwsza zawiodła więc powinny być automoniczne, czy tak? Skoro wszystkie autonomiczne systemy zawiodły a Boeing nie alarmował, to co to za złom? Jak mi wyleci benzyna albo olej to autko daje znać, ale widać samoloty są robione według technologi z lat 20 ubiegłego wieku...
On w ogóle nie spodziewał się problemów z otwarciem podwozia.
Powinien był zadziałać system awaryjny - elektryczny, czyli nie zależący od hydrauliki, która uległa awarii.
To w pewnym stopniu osłabia moje argumenty przeciw szybkiemu lądowaniu w Newark lub okolicy.
Biorąc pod uwagę, że załoga postąpiła zgodnie z procedurami robi się rzeczywiście ciekawie (i trochę strasznie).
- Czy nikt piszący procedury nie wpadł na to, że w wypadku dowolnej awarii należy jak najszybciej wylądować i sprawdzić/usunąć usterkę?
- Czy nie wpadli na to pracownicy (zapewne także dyrekcja LOT-u), którzy zostali poinformowani o usterce, zaraz po starcie?
Mnie osobiście ciekawi dlaczego w tym konkretnym przypadku wysłano dwa F-16 do obstawy a jak np się pijany góral awanturował to nie - przecież mógł razem z kolegami przejąć stery i dokonać ataku terrorystycznego na Pałac Kultury i Nauki. Tezę, że piloci myśliwców mieli wizualnie sprawdzać otwieranie się podwozia, ciężko przyjąć na zdrowy rozum.
Jednak, jak napisał jeden z uczestników forum lotnictwo.pl "A to, że ew. manual przewiduje co innego; nie pierwszy byłby to raz, że po wypadku zmieniono manual."
// Tezę, że piloci myśliwców mieli wizualnie sprawdzać otwieranie się podwozia, ciężko przyjąć na zdrowy rozum //
A jak na Twój zdrowy rozum, pilot B767 ma sprawdzić otwieranie się podwozia samolotu, który pilotuje?
Otóż może być jeszcze prostsze. Jest wysoce prawdopodobne, że usterka została wykryta już na lotnisku zaś samolot startował z niesprawną hydrauliką na zasadzie: byle dolecieć na Okęcie - tam naprawimy taniej.
"A jak na Twój zdrowy rozum, pilot B767 ma sprawdzić otwieranie się podwozia samolotu, który pilotuje?"
Genialne! Samoloty powinny startować i lądować parami - pierwszy obserwuje, czy podwozie otwiera się w drugim, a drugi czy w pierwszym. Na taką złotą myśl w tym wątku czekałem. Tylko co będzie, jak nawali radio?
To nie był problem w wadliwej sygnalizacji otwarcia/zamknięcia podwozia - załoga miała pewność, że wskazania są prawidłowe. "Jedynie" nie mogła zmusić podwozia do wysunięcia. Jedynie...
Tak? A skąd to wiesz?
Mogło np. nastąpić niepełne i/lub niesymetryczne otwarcie drzwi podwozia.
W momencie gdy dwa systemy nie zadziałały zgodnie z oczekiwaniem, dodatkowa, w 100% wiarygodna weryfikacja stanu drzwi i podwozia wydaje się czymś nie do pogardzenia przed ewentualnym lądowaniem w awaryjnej konfiguracji.
Tak - jeśli przyjmiemy, że samolot - zgodnie z nazwą - sam podejmował decyzję, sam startował i sam leciał.
"Tak? A skąd to wiesz?"
Jak to skąd? Przecież gdyby mieli wątpliwości co do wskazań otwarcia/zamknięcia podwozia, to przecież nie zdecydowaliby się na lot przez Atlantyk - bo mogliby nie wiedzieć o niedomkniętym podwoziu - zgodnie z Twoją logiką powód do takich przypuszczeń był :)
"Tak - jeśli przyjmiemy, że samolot - zgodnie z nazwą - sam podejmował decyzję, sam startował i sam leciał."
Niestety dla załogi, decyzji o starcie, a następnie o locie przez Atlantyk nie podjął jednak samolot :)
Wątpliwości co do podwozia pojawiły się dopiero w Polsce, po pierwszej próbie jego otwarcia alternatywną metodą (elektryczne otwarcie pokryw, opuszczenie grawitacyjne)